5 maja 2012

Dryfując po morzach ambicji

Upalna majówka nie sprzyja siedzeniu w domu, a już na pewno przy komputerze. Niemniej jednak są chwile, kiedy grill połączony z dużymi ilościami piwa skutecznie przykuwa nas do siedzenia. W tej sytuacji nie pozostaje nam nic innego, jak spędzenie czasu w mniej aktywny sposób np. przy filmie. Bierny tryb życia nie oznacza jednak jego marnotrawstwa, o ile mamy do czynienia z dobrym kinem. Po dłuższej przerwie przyszedł czas na opisanie kolejnych produkcji, które - według mnie - zasługują na wspomnienie.

Shine (1996)
(pol. ''Blask'')
Prawdę mówiąc, sporo natrudziłem się, aby na ten film natrafić i prawdopodobnie, gdyby nie sylwetka odtwórcy głównej roli (Geoffrey Rush) to umknąłby on mojej uwadze. Mimo upływu lat, produkcja nie traci na swojej wartości. Powinno ucieszyć to osoby znużone dzisiejszymi standardami kina zachodniego, które coraz częściej tożsame jest z przerostem formy nad treścią.

Shine to pełen prostoty i ponadczasowych znaczeń film biograficzny. Akcja skupia się wokół życia australijskiego pianisty, Davida Helfgott'a (G. Rush), który zanim został uznany w swoim środowisku, musiał stawić czoła wielu przeciwnościom losu. Dużą rolę w ukształtowaniu młodego Davida miał jego ojciec, Peter (A. Mueller-Stahl), którego charyzma rozwinęła w chłopcu miłość do gry na pianinie, jak i wyrządziła mu wiele krzywd. Silne ambicje ojca z negatywnym skutkiem odcisnęły się na delikatnej psychice młodzieńca, którego poczucie wolności było latami tłamszone. Szansą na lepsze życie okazała się propozycja zaprzyjaźnionej pisarki, aby ten wyjechał na nauki w Royal College of Music w Londynie. Targany wątpliwościami podjął decyzję o opuszczeniu domu, co spotkało się z dezaprobatą ojca i zerwaniem kontaktu z rodziną. Mimo oddaniu się naukom pod okiem nowego mentora, niezabliźnione rany w umyśle Davida dawały o sobie znać przez kolejne lata. Traumatyczne przeżycia doprowadziły obiecującego pianistę do upadku i dały mu siłę, aby z niego powstać.

Produkcja może wydać się mało interesująca dla osób młodych - ''bo i gatunek jest nudny i muzyka za stara''. Zapewniam jednak, że dobrze przedstawiona biografia potrafi zaskoczyć widza spontanicznością codziennego życia. Duże znaczenie ma tutaj historia głównego bohatera, która - trzeba przyznać - okazała się być dobrym materiałem na film. Bliska mojemu sercu jest muzyka poważna, która nadaje dystansu do zdominowanego agresją współczesnego świata. W prawdzie film ten w najmniejszym stopniu nie wysławia konkretnego stylu muzycznego, niemniej jednak obecne w nim utwory znanych kompozytorów w pełni mnie satysfakcjonują. Nie obyło się tu bez narodowych akcentów. Pomijając polskie pochodzenie ojca Davida, wśród wyróżnionych artystów nie mogło zabraknąć F. Chopina, którego Polonez pojawia się w pierwszych minutach filmu. Mówiąc o atutach produkcji nie należy zapominać o grze aktorskiej, której wyrazu nadał Geoffrey Rush zdobywając Oscara za najlepszego aktora pierwszoplanowego. Wielkim niedocenionym jest w moim odczuciu odtwórca roli ojca Davida, Armin Mueller-Stahl, którego przygoda z czerwonym dywanem zakończyła się zaledwie nominacją. Dwóch, wysokiej rangi aktorów pozwoliło w realistyczny sposób ukazać zawiłe relacje, jakie łączyły ojca i syna. Nie sposób nie odnieść wrażenia, że obraz obustronnych stosunków jest stylizowany na te, jakie zachodziły między młodym Mozartem, a jego ojcem. Podobieństw w biografiach dwóch, rozrzuconych na osi czasu artystów jest więcej. Warto więc przytoczyć w tym miejscu film Amadeus z 1984 roku, traktujący właśnie o życiu W. A. Mozarta, a przyznam - jest ono fantastyczne. Z czystym sumieniem polecam obie pozycje.

Black Swan (2010)
(pol. ''Czarny Łabędź'')
Bardziej efektowną produkcją, niż tytuł wyżej, jest zbierający laury Black Swan. Przemieszany z mocną krytyką, zbiorowy zachwyt filmem zdążył już ostygnąć. Mimo to nadal uważam, że jest to pozycja, która w jakiś sposób wyróżnia się na tle produkcji z ostatnich lat.

Film rozgrywany jest w tle jednego z najsłynniejszych na świecie przedstawień baletowych, Jeziora Łabędziego. Główną rolę odgrywa Nina (N. Portman), balerina występująca na deskach nowojorskich teatrów. Jej pasja do baletu dodatkowo jest podsycana przez matkę, Erikę, która chce mieć jak największy wpływ na życie córki. Szansa dla młodej dziewczyny pojawia się wraz z decyzją dyrektora teatru o zdjęciu ze sceny dotychczasowej primabaleriny, Beth Macintyre (W. Rider). Na drodze do zdobycia upragnionej roli Odetty staje jej rywalka, Lily. Zaszczytne miejsce w sztuce będzie wymagało od konkurentek umiejętności jednoczesnego zagrania dwóch, przeciwstawnych sobie osobowości - symbolizującego niewinność Białego, jak i tożsamego z tajemnicą i popędami Czarnego Łabędzia. O ile spokojna na co dzień Nina nie ma trudności z wyrażeniem delikatnej strony Odetty, o tyle nie potrafi już odnaleźć w sobie mrocznej natury, niezbędnej do zagrania Czarnego Łabędzia. W poszukiwaniu ukrytych instynktów młoda tancerka przestaje z czasem odróżniać rzeczywistość od teatralnej fikcji.

Tytuł ten w swoim czasie został dość przychylnie odebrany przez środowisko filmowe. O kunszcie filmu mogą świadczyć liczne nagrody m.in. kontrowersyjny Oscar dla Natalie Portman, który według niektórych nie powinien być nadany z powodu dublerki zastępującej aktorkę podczas scen tanecznych. Nie mogę się zgodzić z głosami sprzeciwu, ponieważ w żaden sposób korzystanie z zastępstwa w specyficznych warunkach nie zaniża poziomu aktorstwa. Nie wyobrażam sobie, aby w imię realizmu aktorzy kaleczyli taniec lub grę na instrumencie, ukazując tym samym brak umiejętności w danej dziedzinie nie aktora, a odgrywanej przez niego roli. Innymi słowy, posługując się przykładem tytułu opisanego wyżej, Geoffrey Rush grając na pianinie ośmieszałby tylko i wyłącznie postać Davida Helfgott'a. Tym bardziej wywód domorosłych krytyków uważam za mało poważny i niemający odzwierciedlenia w sztuce filmowej. Chociaż ciężko odmówić talentu odtwórczyni głównej roli, pozostała obsada zapracowała co najwyżej na poprawną notę. Film rehabilituje się za to w opowiedzianej historii, która jest niebanalna, a przy tym niemniej rozbudowana. Chociaż największą uwagę poświęcono losom Niny, drugoplanowe postacie nie są wyłącznie biernym tłem produkcji. Właściwie większość z nich ma pewien wkład w ostateczny kształt historii. W przeciwieństwie do Shine, filmu nie brak żywych i barwnych obrazów, które z pewnością są atrakcyjniejszą formą dla młodych ludzi. Do obejrzenia filmu powinna przekonać także reżyseria Darrena Aronofsky'ego, twórcy m.in. The Wrestler, o którym pisałem na łamach bloga. Czy warto? Decyzję pozostawiam wam.

26 kwietnia 2012

Wiosna w anime - pierwsze wrażenia (cz. 2)

Po długich oczekiwaniach na Hyoukę, przeszedł czas na kolejną i prawdopodobnie ostatnią część tzw. ''pierwszych wrażeń'' z bieżących premier anime. Spodziewałem się mocnego sezonu i takim wiosnę bez wątpliwości można nazwać. Oczywiście, zdania są różne, a ocena ta jest zależna od tytułów, jakie dana osoba postanowiła obejrzeć. Jeśli ktoś od początku brnął w kicz, tym bardziej nie dziwię się narzekaniu na słaby sezon. Ja mam to szczęście, że wiem czego chcę - zdecydowanie ułatwia mi to wybór pozycji ;-)

Dzisiaj zrecenzuję ostanie cztery anime, o których pisałem w zapowiedziach. Nie zawiodłem się i myślę, że każdy znajdzie tu coś dla siebie. Zachęcam do lektury.

Jormungand                                                    wstępna ocena: 6+/10
Opis: Historia oscyluje wokół losów Koko Hekmatyary, działającego w kilku państwach handlarza militariami. Bezprawnymi działaniami naraża się agencjom rządowym usiłującym ukrócić ten proceder. Koko podróżuje w zespole złożonym z byłych żołnierzy. Nowym nabytkiem jej załogi jest Johnathan, pozbawione empatii i wyszkolone na zabójcę dziecko. Mimo nienawiści jaką pała do handlarzy bronią, współpracuje z Koko, aby odnaleźć morderców swojej rodziny.

Z początku nie wiązałem z anime większych nadziei. Udostępniony zwiastun był efektowny, jednak zawierał sceny, które w moim odczuciu karykaturowały poważną fabułę (nie cierpię takiego podejścia w anime). Szczęśliwie dla mnie humorystyczne momenty nie psuły nastroju w odcinkach, a nawet bawiły. Strona fabularna zasłużyła na mały plus. Historie przedstawione w dwóch pierwszych epizodach było bogate w szczegóły. Realistycznie przedstawiona płaszczyzna polityczna oraz staranne odwzorowanie w kwestiach militarnych potrafią zahipnotyzować swoją złożonością bardziej wymagających widzów. Jednocześnie, w tytule nie brakuje dynamicznych scen akcji, co ucieszy także tych, chcących odstresować się od ciężkostrawnych tematów. Technicznie anime jest standardową produkcją naszych czasów. Grafika w pełni mnie usatysfakcjonowała przez zarówno jakość animacji, jak i dobry design poszczególnych elementów. W tej kwestii wygląd osprzętu wojskowego charakteryzuje się staranniejszym wykonaniem, niż koncepty postaci. Moją sympatię zdobyły też sami bohaterowie, zwłaszcza Koko, której sylwetka de facto jako jedyna została w pełni przedstawiona. Niewiele wiemy jeszcze o pozostałych członkach grupy Jormungand. Jest to według mnie potencjalna szansa na retrospekcje, która z racji małej liczby odcinków nie będzie pewnie wykorzystana. Możliwe jest więc, że przyjdzie nam zobaczyć wyłącznie przeszłość Jonaha, który wyróżnia się spośród reszty postaci. Pogłoski mówią o drugim sezonie anime. Na stan obecny mogę powiedzieć, że chętnie zabrałbym się za sequel. Jormungand to pozycja pełna - często brutalnych - scen akcji. W wielu kwestiach przypomina popularne Black Lagoon. Jeśli komuś odpowiadała historia piratów z Roanapur to z całą pewnością spodobają się też losy handlarki broni i jej towarzyszy.

Eureka Seven Ao                                                           wstępna ocena: 7/10















Opis: Adaptacja mangi Eureka Seven Ao. Akcja koncentruje się na chłopcu o imieniu Ao, który za sprawą zdobytej mocy na nowo ustanawia porządek świata.

Tak jak przypuszczałem, będzie to jedna z pewniejszych produkcji tej wiosny. Jak w przypadku ubiegłorocznego Last Exile: Fam the Silver Wing, mamy do czynienia z gotową bazą pod anime. Nie tyle chodzi o gotowy scenariusz w postaci mangi (wszakże oba tytuły są adaptacjami), co o unikatowe uniwersum Eureki. Nie sposób znaleźć podobną wizję futurystycznego świata. Pierwszy odcinek nie zrobił na mnie takiego wrażenia, na jakie liczyłem. Mimo wszystko, jestem w stanie zaakceptować nieobecność mecha i wątłą akcję z powodu konieczności wprowadzenia odbiorcy (zwłaszcza niezaznajomionego z poprzednią wersją anime) w koncepcję świata przedstawionego. Cierpliwość opłacała się i drugi epizod nadrobił te straty z nawiązką. Duży postęp widoczny jest przede wszystkim w wykonaniu grafiki do produkcji. Jest ona na wysokim poziomie, natomiast charakterystyczny dla anime design przez lata nie stracił na wyjątkowości. Zawsze, gdy mamy do czynienia z kontynuacją lub spin-off'em, jest obawa przed wykorzystaniem popularnej historii do skoku na kasę. Cieszy mnie fakt, że odsłona ''Ao'' nie trzyma się kurczowo tej konwencji i wprowadza nową jakość w serii. Plany zakładają, że serial ma liczyć 24 odcinki. Myślę, że skrócenie czasu o połowę - w odniesieniu do starszej produkcji - przełoży się na większą treściwość animy. To znacząca zaleta, bo chyba nikt nie lubi często zbędnych i irytujących scen, które nie reprezentują sobą jakiejkolwiek wartości. Eurekę Seven Ao śmiało można polecić nie tylko starszym fanom produkcji, ale także zwolennikom mecha i wartkich scen akcji z ich udziałem.

Sakamichi no Apollon                                                 wstępna ocena: 9/10















Opis: Wczesnym latem 1966 roku Kaoru przenosi się do miejscowego liceum w Yokosuka. Nieustanne przeprowadzki z miasta do miasta sprawiły, że szkoła jest dla niego niczym więcej, jak trudnym do adaptacji miejscem. Podczas pierwszego dnia w obcej szkole poznaje jednak chłopaka, dzięki któremu rozpoczyna nowy rozdział w swoim życiu.

Animą bez wątpienia można się zachwycać - przynajmniej na podstawie pierwszych odcinków. Są w błędzie ci, którzy myślą o tym tytule w kategoriach tradycyjnego gatunku muzycznego. W prawdzie ścieżka dźwiękowa oraz fabuła, są silnie nacechowane jazzem, który jednak - w moim odczuciu - jest mniej ważnym akcentem do dobrze skonstruowanej historii powojennej Japonii. Nie ukrywam, że sytuacja społeczna tych czasów za każdym razem wzbudza moje zainteresowanie. Tym bardziej szkoda, jak rzadko potencjał tego okresu jest eksploatowany w anime. Sakamichi no Apollon (ang. Kids on the Slope) jest pozycją przeznaczoną dla wymagających odbiorców, którym -znacznie mocniej niż innym - zależy na bogatej w przekaz treści. Tło produkcji traktuje o relacjach głównych bohaterów, wkraczających w dorosłe życie. Dla wielu ta obyczajowa koncepcja może wydać się mierna i nie mająca w sobie nic pociągającego. Mankament tkwi w tym, że tytuł od początku nie aspirował o uznanie przeciętnego odbiorcy. Chociaż to historia gra tutaj najważniejszą rolę, nie należy zapominać o innych aspektach anime. Grafika, począwszy od kreski po jakość animacji, może pochwalić się wysokimi standardami. Z pewnością, wizualnie wyróżnia się spośród innych, wiosennych pozycjach. Jak już wcześniej wspomniałem, motywem przewodnim ścieżki dźwiękowej jest jazz - na chwilę obecną w bardziej przystępnej formie. Ciężko mi sobie wyobrazić, aby gatunek ten cieszył się popularnością w Kraju Kwitnącej Wiśni. Z drugiej strony nie od dziś wiadomo, jak ochoczo - w poszukiwaniu oryginalności - japońscy twórcy adaptują zagraniczne nurty do rodzimego środowiska. W tym przypadku, z pozoru egzotyczna fuzja dwóch kultur odniosła wrażenie zaskakująco naturalnej kompozycji. Z pewnością nie ma w tym sezonie tytułu mogącego konkurować z Sakamichi no Apollon - nie tylko w wymiarze gatunku, ale także jakości, jaką tytuł ten sobą reprezentuje. Cieszy mnie, że w nawale komercyjnych produkcji, można spotkać się z tak nieszablonowymi i ambitnymi historiami, jak Sakamichi no Apollon.

Hyouka                                                                            wstępna ocena: 6+/10
Opis: Anime opowiada losy chłopca o imieniu Houtarou. Chociaż niechętnie angażuje się on w jakiekolwiek inicjatywy, za sprawą starszej siostry dołącza do klubu literackiego. W nowo poznanej grupie natrafia na wzmianki o wypadku sprzed 33 lat, w który zamieszany był wujek jednej z członkiń klubu. Niemrawy chłopak zostaje wciągnięty przez dociekliwą dziewczynę w rozwikłanie tej tajemnicy.

Prawdę mówiąc, po satysfakcji jaką dał mi ten sezon, niekoniecznie interesowałem się ostatnią produkcją i jej poziomem. Już na etapie układania sobie wiosennej listy, tytuł ten miał być niezobowiązującą odskocznią od pozostałych, pełnych werwy pozycji. Po pierwszym odcinku mile się zaskoczyłem, ponieważ w rzeczywistości anime wypada znacznie lepiej niż na promocyjnym zwiastunie. Wizualnie produkcja wygląda sympatycznie - zwłaszcza koncept postaci, który przypadł mi do gustu. Dużą zaletą, która spotkała się z moim uznaniem (a także zaskoczeniem) jest animacja. Swój popis dała ona w abstrakcyjnych scenach, przede wszystkim monologach wewnętrznych głównych bohaterów. Na tym etapie ciężko cokolwiek powiedzieć o pierwszoplanowych rolach. Moje uznanie zyskała postać Houtarou, która mimo niesprzyjającego profilu osobowościowego zachowywała fason. Spodziewałem się, że będzie to kolejny, nieudolny i ograniczony swoim hermetycznym światem królewicz. Myliłem się w tej kwestii, co w drodze wyjątku mnie cieszy. Pozostała dwójka bohaterów wydaje się być równie ważna dla całej historii. Dla wielu osób pierwszy odcinek może okazać się nudny z racji wolno rozwijającego się wątku głównego, który - w oparciu o oficjalny opis - będzie skupiał się wokół wydarzeń sprzed 33 lat. Póki co, anime w kwestii fabularnej nie nabrało na dynamice, co jest raczej rzadkością w pozycjach zakrapianych młodzieńczym, szkolnym życiem. Powiedziałbym, że ten melancholijny styl nawet bardziej odpowiada para-detektywistycznym klimatom. Może okazać się to pomocne przy budowie napięcia. W moim odczuciu anime rokuje dobrze, chociaż trudno przewidzieć, jak potoczą się jego dalsze losy. Pewne jest, że to jakość głównego wątku - jego mistycyzmu i nieprzewidywalności - będzie jądrem całego anime, które przyłoży się na ewentualne pochlebne recenzje.

Wiosenne Anime 2012
''Pierwsze Wrażenia''

22 kwietnia 2012

Deregulacja umysłów

Polska scena polityczna zaskakuje nas od dawna. Dużym wkładem w ten stan rzeczy może pochwalić się obecny rząd - fachowców, jak stara nam wmówić polityczna czołówka.

Koalicja PO-PSL jest ciekawym, ale patologicznym tworem. Przypomina mi ona sytuację, w której zachłanna osoba adoptuje dziecko dla korzyści socjalnych. Nie ma lepszego porównania dla ''Ludowców'', bezradnych sierot politycznych, które w myśl zasady oportunizmu służą silniejszemu. W chorej relacji panem pozostaje Platforma Obywatelska, która rzuca wiernemu pieskowi przysłowiową kość. Ta wzajemna profanacja nawet by mi nie przeszkadzała, jeśli nie odbywałaby się kosztem polskiego systemu politycznego. Polskie Stronnictwo Ludowe od lat jest kastratem, który nie może zadowolić swoich wyborców - ostatecznie nawet nie stara się co jest zwyczajną kpiną. I pomyśleć, że obecność kilku procentowego darmozjada może w tak znaczącym stopniu wpłynąć na polską rzeczywistość, utrzymując przy władzy obecny rząd.

Platforma Obywatelska wniosła pewną nowość na polskiej scenie politycznej - szeroko zakrojoną politykę marketingową. O ile zjawisko w czasie kampanii wyborczej jest wskazane, o tyle próby tworzenia PR'u obecnego rządu kojarzą się bardziej z propagandą, niż pozytywnie nacechowanym działaniem. Pod wpływem artykułu Gazety Wyborczej z dnia 16 kwietnia postanowiłem napisać o jednym z głośniejszych obecnie pomysłów rządu. Tym sposobem dzisiaj pod nóż pójdzie projekt ustawy ministra J. Gowina o deregulacji zawodów, do którego próbują nas przekonać politycy PO. Robią to na tyle skutecznie, że nawet władze PiS'u zaczęły się kłócić o to, która partia jest ojcem tego - według mnie - beznadziejnego projektu.

Uproszczając temat, deregulacja jest działaniem mającym na celu ułatwić dostęp do niektórych zawodów. Wymagają one pewnych egzaminów, szkoleń i certyfikatów, których koszty - w większości przypadków - są pokrywane przez osoby prywatne. Mogłoby się więc wydawać, że owe ''uwolnienie zawodów'' jest dobrym pomysłem.

W moim odczuciu jest to jednak kolejny, niedopracowany projekt, który ma sprawić wrażenie przyjaznego obywatelowi rządu. Argumentacja osób odpowiedzialnych za ustawę jest wymijająca, pozbawiona logiki, natomiast waga szkodliwych skutków deregulacji lekceważona. Ten schemat jest widoczny w wielu ''przełomowych'' projektach PO: reformie emerytalnej, kwestii refundacji leków czy przeniesienia składek OFE do ZUS. W celu urzeczywistnienia swoich racji rząd ucieka się do manipulacji społeczeństwem przy pomocy materiałów informacyjnych (filmy, broszury, wyreżyserowane debaty). Są one bogate w formie, jednak ubogie zawartą w sobie treścią. Nie różnią się niczym od tanich kolorowanek z sielankowymi widokami, które z dziecinną naiwnością kupią szare masy.

Machina propagandowa i tym razem wyszła z pomocą do zagubionego obywatela. Na oficjalnej stronie Ministerstwa Sprawiedliwości, obok projektu ustawy znajdziemy również kolorową prezentację wskazującą na konieczność deregulacji niektórych zawodów. To co ujrzałem wewnątrz 11-stronicowej broszury i to czego nie zobaczyłem (a powinno się znaleźć) rozśmieszyło mnie do łez. Prezentacja aż prosi się o krytykę - nie mogę więc zawieść prowokujących mnie autorów czytanki.

Zacznijmy od treści argumentów. Pierwsza strona prezentacji (nie licząc strony tytułowej) traktuje o porównaniu sytuacji w Polsce (odnośnie regulowanych zawodów) na tle pozostałych państw Europy. Informacja o (aż) 380 przypadkach regulacji w kraju jest nacechowana negatywnie. Rozumiem, że według twórców ustawy odstawanie od normy - w tym przypadku średniej europejskiej - jest wystarczającym argumentem do nadania mocy ustawie. W moim odczuciu same statystyki nic nam nie mówią, skoro w materiale nie podjęto się próby analizy tych danych. Nie wykazano m.in. zależności między liczbą regulowanych zawodów, a stopniem bezrobocia w odniesieniu do państw wymienionych na wykresie. Jednocześnie, powołując się na ''szacunki ekspertów'' stwierdzono, że deregulacja może (ważne słowo - czyżby owi eksperci gdybali?) przyczynić się do wzrostu liczby miejsc pracy, a tym samym ograniczenia bezrobocia. Postanowiłem zabawić się w dziennikarza. Zasięgnąłem informacji z tego samego źródła, tyle że na temat bezrobocia w krajach europejskich w 2011 roku. Jeśli niska liczba regulowanych zawodów miałaby mieć pozytywny wpływ na rynek pracy to nasze wzorce z wykresu, które powinniśmy naśladować (Estonia, Łotwa, Litwa), opływałyby w dobrobyt. Tymczasem według ubiegłorocznych statystyk Eurostatu nasi ''przodownicy w regulacji'' mają większe problemy z bezrobociem niż Polska. Twórcy prezentacji próbują nam przekazać, że ustawa będzie korzystna dla ludzi młodych, którzy dopiero wkraczają na bezlitosny rynek pracy. Niestety, nasi wschodni sąsiedzi nie mogą pochwalić się także tym wskaźnikiem - bezrobocie wśród osób poniżej 25 roku życia jest większe niż u nas (o ile to jeszcze możliwe). Te same dane mówią, że goniące nas Czechy (ponad 300 regulowanych zawodów) mają bezrobocie nie tylko niższe od wspomnianych wcześniej państw, ale także od Polski. O czym to świadczy? Że deregulacja zawodów to jeden z wielu czynników działających w złożonym mechanizmie rynkowym i nie ma on większego znaczenia na wzrost liczby osób zatrudnionych. Niepewność ta została wyrażona również przez twórców prezentacji pod niewinnym słówkiem ''może'', które mówi nam tyle, że ewentualna korzyść jest wynikiem gry na loterii.

Założenia anonimowych ''ekspertów'' u dołu pierwszej strony są po prostu absurdalne. Zamiast pisząc mój wywód i męczyć się z zagranicznymi statystykami mogłem przedstawić ten mało logiczny tok rozumowania za pomocą prostego przykładu. Załóżmy, że mamy do czynienia ze zwykłym ośrodkiem szkolenia kierowców. Utrzymuje się on na rynku dopasowując ceny i jakość swoich usług do potrzeb przeciętnego konsumenta. Firma ta radzi sobie dobrze, zatrudnia sekretarkę oraz 15 instruktorów jazdy. W wyniku dobrej koniunktury właściciel ośrodka postanowił zatrudnić 5 nowych instruktorów. Na stanowisko zgłosiło się dziesięciu spełniających wymogi kandydatów. Po deregulacji profesji instruktora nauki jazdy osoby aspirujące o tą posadę nie będą musieli posiadać m.in. wykształcenia średniego. Tym sposobem liczba osób mogących przystąpić do egzaminu na instruktora wzrośnie. Gdyby właściciel ośrodka postanowiłby zatrudnić instruktorów po ustawie J. Gowina, na pięć przewidzianych miejsc nie zgłosiłoby się 10 osób, ale np. 15. Stało się tak, ponieważ przez zniesienie cenzusu wykształcenia większa liczba osób mogła podejść do egzaminu. Kłamstwem jest więc twierdzenie autorów ustawy, że deregulacja przyczyni się do wzrostu liczby miejsc pracy, ponieważ ta zależy od uwarunkowań rynkowych i sytuacji finansowej danego podmiotu, nie natomiast konkurencyjności w danym zawodzie (właściciel ośrodka postanowił zatrudnić tylu nowych pracowników, ilu był w stanie utrzymać).

Kolejnym argumentem mającym przekonać nas do ustawy jest zestawienie negatywnych skutków regulacji zawodów (s. 3) z korzyściami idącymi z ich deregulacji (s. 11). Warto dodać, że w przypadku wad chodzi o nadmierną regulację. Oczywiście twórcy prezentacji nie trudzili się udowodnić, że mamy do czynienia ze zbyt rygorystyczną kontrolą zawodów. Zamiast wiarygodnych danych przedstawiono za to krótką informację (s. 10), że w wyniku konsultacji międzyresortowych (czyt. koalicji rządzącej) stwierdzono nadmierne lub zbędne regulacje w ponad 200 profesjach. Zdziwiłbym się, gdyby koledzy J. Gowina powiedzieli inaczej, tym samym poddając projekt ministra wątpliwościom. W moim odczuciu tylko z jednym zarzuconym zagrożeniem możemy się zgodzić - wyzyskiem w regulowanych zawodach.

Twórcy prezentacji mówią o wzroście bezrobocia, co zdaje się obalać wcześniejszy przykład ośrodka szkolenia kierowców. Zwolennikom ustawy musiałbym przyznać rację, jeśli mówiliby o bezrobociu strukturalnym jednak te: po pierwsze jest marginalnym zjawiskiem, po drugie dotyczy restrukturyzacji podstawowych gałęzi gospodarki, po trzecie w niewielkim stopniu dotyczy ludzi młodych. Niejasno sformowane twierdzenie daje nam możliwość swobodnej jego interpretacji, co z kolei zaniża wiarygodność tezy o bezrobociu.

W podobnym stylu zwraca się uwagę na wzrost cen i spadek jakości usług. Mówiąc o cenach (domniemam, że chodzi o ceny usług oferowanych przez regulowane zawody) powinniśmy większą uwagę zwrócić na stopień konkurencyjności w danej branży - to rywalizacja zmusza usługodawców do przedstawienia jak najkorzystniejszej oferty konsumentowi (zasada ''4P''). O ile w kwestii wpływu regulacji zawodów na ceny usług możemy się spierać, o tyle pisanie o groźbie spadku jakości usług jest bzdurą. Powróćmy do wcześniejszego przykładu OSK. W której sytuacji ośrodek szkolenia kierowców zatrudnia bardziej wykwalifikowanych pracowników? W przypadku zawodu regulowanego, gdzie kandydat musi przejść szereg szkoleń, czy po deregulacji, która umożliwia zdobycie zawodu osobie z wykształceniem podstawowym? Wnioski nasuwają się same.

Zabawnie z ust Platformy Obywatelskiej brzmi postulat odbiurokratyzowania państwa. To właśnie za ich kadencji mamy do czynienia z rozrostem aparatu biurokratycznego. Zamiast realnie zająć się tym problemem, politycy sprowadzają ogrom negatywnego zjawiska do tematu zawodów regulowanych. Nie sądzę, żeby było to właśnie te siedlisko wrogiej i kosztownej biurokracji. Obłudnikom z rządu radzę rozejrzeć się we własnym otoczeniu, gdzie przelewa się zdecydowanie za dużo pieniędzy na urzędników.

Ostatnim negatywnym skutkiem jest szkodliwy wpływ regulacji na rozwój gospodarczy państwa. Z pozoru mądrze brzmiący argument tak właściwie oznacza wszystko i nic - niewiele nam wyjaśnia. Ogólnikowość w przedstawionych słabościach nadmiernej regulacji oznacza jedynie tyle, że tęgie głowy ''fachowców'' pracujące nad ustawą tak właściwie nie mają nic poważnego do zarzucenia regulacjom zawodów.

W prezentacji jest mowa o ograniczeniu regulacji w 180 zawodach (w pierwszej turze 49). Konieczność wprowadzenia ustawy - według odpowiedzialnych za nią osób - mają potwierdzać przykłady z życia wzięte. Prezentacja porusza więc kwestie trzech profesji - przewodnika turystycznego, zarządcy i pośrednika nieruchomości. Według mnie przedstawiona grupa reprezentatywna jest trochę skromna. Poza tym nie oszukujmy się, czy wymienione zawody są na rynku pracy popularne i ważne z punktu widzenia przeciętnego obywatela w państwie? Trzy odrealnione przykłady odwracają uwagę od od innych, bardziej przyziemnych zawodów - ponadto są opisane subiektywnie i poparte skrajnymi sytuacjami.

Na przykład, w opisie zawodu przewodnika turystycznego wklejono dobrze prezentujące się zdjęcia mandatów za nielegalne oprowadzanie osób po mieście. Aby biedny i nierozgarnięty Kowalski połapał się w sprawie, panowie od prezentacji pofatygowali się o odprowadzenie strzałek i naprowadzenie go na trop - kto dostał mandat, w jakiej wysokości i za jaki przepis. Karygodne! Sprawdźmy zatem sam przepis, który jest przez autorów prezentacji nacechowany negatywnie. Mowa o ustawie o usługach turystycznych. Co ciekawsze ustawa ta została znowelizowana w kwietniu 2010 roku, czyli za rządów Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego. Co w treści ustawy zmieniono? Między innymi definicje. Przewodnik turystyczny dawniej był osobą udzielającą informacji (o obiektach zabytkowych itd.), obecnie te usługi muszą być fachowe. Dodano też notę, że przewodnik sprawuje opiekę nad oprowadzanymi osobami. Przed nowelizacją uprawnienia przewodnika były wymagane jedynie w przypadku oprowadzania wycieczek - obecnie każdego turysty lub osoby odwiedzającej dane miejsce. Brutalny zapis przytoczony w prezentacji (''Kto, podejmując zadania przewodnika turystycznego lub pilota wycieczek, wprowadza w błąd co do posiadanych uprawnień, podlega karze ograniczenia wolności albo grzywny'') obok kilku innych kontrowersyjnych zapisów z kodeksu wykroczeń, został dodany po nowelizacji ustawy. Przepisy te powstały więc za przyzwoleniem rządu, który obecnie wskazując na ich wadę chce usnąć regulacje w zawodzie. Bardziej rozsądnym wyjściem z sytuacji wydaje mi się poprawienie istniejącej ustawy zamiast wypuszczać kolejne buble prawne. Nie jest to pierwszy przykład partactwa (i pewnie nie ostatni).

Regulacja omówiona w trzech zaprezentowanych profesjach wskazuje na wadę systemu, którą trzeba usunąć. Sprawdźmy zatem, co oznacza deregulacja w innych, bardziej rozchwytywanych zawodach.

Każdy z nas kojarzy sympatycznych, starszych panów-ochroniarzy, którzy pracują w szkołach i mniejszych marketach. Po deregulacji zawodu pracownika ochrony fizycznej zostanie zniesiona licencja i wymóg egzaminu, a nasz na wpółmartwy starzec po przejściu szkolenia nie tylko będzie ochroniarzem z prawdziwego zdarzenia, ale też w łatwiejszy sposób zdobędzie uprawnienia na broń. Co ciekawsze, w ustawie zwrócono uwagę na konieczność wprowadzenia większej kontroli państwa nad firmami ochroniarskimi, co jest oznaką rozrostu biurokracji (którą wg J. Gowina deregulacja powinna ograniczyć).

Wszystko wskazuje na to, że po deregulacji zawodu taksówkarza będzie nim mógł zostać człowiek z ulicy (oczywiście posiadający prawo jazdy). Kandydat na taksówkarza nie będzie obowiązany przechodzić szkoleń, ani zdawać egzaminu. W kieszeni taksówkarza zostanie 800 zł, w zamian otrzymamy niższą jakość świadczonych usług. Warto wspomnieć, że ostatecznie w kolejce do pracy pierwsze będą zawsze osoby posiadające kwalifikacje i doświadczenie (byli taksówkarze), nie natomiast karierowicze bez jakichkolwiek certyfikatów. Deregulacja pozwoli nam zatem zawalczyć o etat, jednak skreśla nas już na samym początku procesu rekrutacyjnego.

Przykłady te można mnożyć, co utwierdza mnie w przekonaniu, że deregulacja zawodów przyniesie więcej szkód niż potencjalnych zysków (opierających się de facto jedynie na domysłach). Twórcy prezentacji dosyć zgrabnie manipulują informacją na swoją korzyść. Przejawów marketingowego podejścia do sprawy można doszukać się również w formie dokumentu: akcentowaniu wybranych informacji przez stosowanie podkreśleń, pogrubień, rozmiarów czcionki czy kolorowych (ale nieprzydatnych) wykresów.

Zabiegi użyte w prezentacji miały za zadanie ubarwić projekt ustawy w oczach zwykłego człowieka. Niestety, przez brak merytorycznych argumentów oraz manipulowanie informacją (językiem z resztą też) narzędzie te nie jest w stanie trafić do osób zaznajomionych w temacie. Z pewnością natomiast dotrze do prawowitych adresatów - mas, przyszłych wyborców, którzy w najbliższych wyborach odegrają dla ''Platformy'' większe znaczenie, niż kiedykolwiek. Irytujący jest więc fakt, że pod pozorem kampanii informacyjnej buduje się własny PR - oparty na fikcyjnych sukcesach obecnego rządu.

Tradycyjnie dołączam garść odnośników, z których korzystałem przy pisaniu tekstu:
  1. Prezentacja dotycząca deregulacji zawodów,
  2. Projekt ustawy o zmianie ustaw regulujących wykonywanie niektórych zawodów,
  3. Eurostat: December 2011 Euro area unemployment rate,
  4. Ustawa z dnia 29 sierpnia 1997 r. o usługach turystycznych,
  5. Ustawa z dnia 29 kwietnia 2010 r. o zmianie ustawy o usługach turystycznych oraz o zmianie ustawy - kodeksu wykroczeń,
  6. Gazeta Wyborcza: Taksówkarze o deregulacji zawodu.

17 kwietnia 2012

Na łamach bloga

Staram się pisać teksty średnio co pięć dni, jednak ostatnio wymiękłem. Zaprzyjaźnieni blogerzy dobrze wiedzą, jak czasami trudno jest pogodzić działalność blogową z życiem codziennym. Dzisiaj garść informacji.

Na początek coś z realnego życia, trochę tematyki sportowej. Nie wiem czy wśród moich czytelników znajdują się zapaleni sportowcy. W każdym bądź razie lubię śledzić ciekawe teksty z internetu i ostatnio na oficjalnej stronie Men's Health znalazłem plan treningowy na obwód klatki piersiowej (link do artykułu). Ile w nim prawdy? Postanowiłem się przekonać i wypróbować ćwiczenia. Jestem po pierwszym tygodniu. Ból w ramionach podpowiada, że jakieś efekty te ćwiczenia przynoszą. Za dwa miesiące napiszę krótką relację.

www.anime24.pl
Bardziej kumaci znają mnie z wieloletniej działalności na portalu Kreskowka.pl. Jakiś czas temu odszedłem na zasłużoną emeryturę, jednak nadal człowieka ciągnie do pisania newsów i recenzji. Szczerze mówiąc, zawiodłem się na poziomie wspomnianej strony - dzieci są nie tylko wśród użytkowników, ale też głównej redakcji. Niedojrzałość ekipy i niski poziom newsów ośmiesza tą stronę od dawna. Krytykę mógłbym ciągnąć w nieskończoność, ale robię to już na specjalnie stworzonym do tego celu blogu K-Raport. Z tego też powodu zmieniłem miejsce pracy. Znajdziecie mnie w nowym i prężnie rozwijającym się serwisie Anime 24. Jest to polska baza newsów w stylu podobnym do anglojęzycznego Anime News Network. Na chwilę obecną jestem zadowolony ze współpracy i poziomu jaki strona sobą reprezentuje. Serdecznie zapraszam.

Dwa dni temu założyłem konto na Twitterze, które być może ułatwi życie stałym bywalcom Quasi 9.999. Na nowo utworzonym koncie zamierzam pisać o mojej internetowej działalności, przyszłych tekstach na blogu, a czasami także o życiu. Będzie to taki mały śmietniczek, który postaram się na bieżąco aktualizować. Zapraszam do obserwacji i dzielenia się opiniami.

11 kwietnia 2012

Wiosna w anime - pierwsze wrażenia (cz. 1)

Niedawno pisałem o zbliżających się premierach anime, przyszedł już czas na pierwsze wrażenia. Moim zdaniem wiosenny sezon zapowiada się naprawdę dobrze (z pewnością lepiej od poprzedniego). Tekst postanowiłem więc podzielić na dwie części. Na pierwszy ogień cztery pozycje, o których pisałem w zapowiedziach. Połowa recenzji powstała na bazie jednego odcinka - wyjątkiem pozostaje Uchuu Kyoudai oraz Zetman.

Uchuu Kyoudai                                                wstępna ocena: 6+/10















Opis: Historia opowiada losy dwóch braci, Mutty oraz Hibito, którzy jako dzieci, pragnęli wyruszyć w kosmiczną podróż. Hibito, w przeciwieństwie do starszego brata, spełnił swe marzenie zostając astronautą. Kiedy Mutta zostaje zwolniony z pracy, w jego życiu następują niespodziewane zmiany.

Po dwóch epizodach mogę pewnie stwierdzić, że anime na dobre mnie wciągnęło. Nie wyróżniający się grafiką i postaciami tytuł na tle pozostałych śledzonych przeze mnie produkcji wypada najlepiej. Szczerze mówiąc, moje oczekiwania względem Uchuu Kyoudai wywróciły się do góry nogami. Spodziewałem się poważniejszej obyczajówki z ambitną treścią, której dopatrywałem się w dążeniach Mutty do spełnienia młodzieńczych marzeń. Czekało mnie miłe zaskoczenie. Dostałem kapitalną komedię - taką prawdziwą, bez humoru sprowadzającego się do poziomu fan-serwisu i zboczonych bohaterów. Zabawne sceny to nie wszystko czym ten tytuł może się pochwalić. Akcja rozwija się powoli, jednak poczynania głównej postaci - już na wstępnym etapie - porządnie zaabsorbowały moją uwagę. Liczę, że ta magia - skupiona wokół nowych przyjaźni Mutty, a także rekrutacji jego osoby do agencji kosmicznej - nie zniknie w dalszej części anime. Doszły mnie słuchy, że ma być to dłuższy serial. W obecnej formie taki stan rzeczy bardzo by mnie ucieszył. Prawdę mówiąc irytowały mnie retrospekcje z dzieciństwa Mutty. Same w sobie są znośnie, ale zdecydowanie wolę śledzić wydarzenia czasu rzeczywistego. Nie sądzę, aby tytuł ten znalazł się w czołówce wiosennych premier. Mimo wszystko lekka i łatwo przyswajalna historia sprawia mi dużo radości. Warto zahaczyć oko o tą produkcję.

Zetman                                                                              wstępna ocena: 6/10















Opis: Jin jest tajemniczym dzieckiem posiadającym aureolę na dłoni oraz niezwykłe umiejętności w walce. Wychowywany przez dziadka żyje wśród ubogiej ludności. W innym miejscu, naukowiec Amagi poszukuje prof. Kanzakiego w celu uzyskania od niego informacji o pobycie ''Gracza'' - genetycznie zmodyfikowanego człowieka o przydomku Zet. Wkrótce Jin wraz z dziadkiem zostaną zaatakowani przez tajemniczego mężczyznę, który przeobraża się w potwora...

Moje obawy nie sprawdziły się. Po obejrzeniu zwiastuna spodziewałem się przeciętnej animacji, jednak pierwszy odcinek wybronił się przed moją krytyką. Anime ogląda się dobrze - nie tylko z powodu oprawy graficznej. Byłem zaskoczony wielością treści, które w jakiś sposób zmieszczono w jednym epizodzie. Szczęśliwie dla serii, fabuła jest zrozumiała nawet dla przeciętnie rozgarniętego odbiorcy. Scen walk jak na lekarstwo, ale wybaczam. Wprowadzenie traktowało o życiu małego Jina w świecie ścierających się ze sobą interesów ludzi ubogich i zamożnych. Obraz zdehumanizowanej cywilizacji w pełni oddaje sytuacja, kiedy opiekun chłopaka zostaje zaatakowany przez tajemniczego napastnika. Drugi odcinek przeniósł nas do znacznie późniejszych czasów, kiedy dorosły Jin przybliża się do prawdy o swoim pochodzeniu. Spotyka też dawno niewidzianych przyjaciół, którzy pomimo straconych lat nadal pragną zaprowadzić sprawiedliwość na świecie. Komplikacje pojawiają się w chwili, gdy każda osoba z paczki przedstawia swój sposób na zaprowadzenie nowego ładu. W drugim odcinku mieliśmy do czynienia z kolejną mało spektakularną walką. Inną sprawą jest przyjemna dla oka transformacja Jina. Design głównych herosów wywarł na mnie wrażenie już na etapie wypuszczenia trailera. Wygląd stylizowany na amerykański komiks sprawia, że Zetman wygląda znacznie atrakcyjniej, niż ostatnie marvelowskie ekranizacje - w moim odczuciu - nie mające prawa zaadoptować się na rynku japońskim.

Accel World                                                                     wstępna ocena: 6/10















Opis: Historia krąży wokół ucznia szkoły średniej o imieniu Haruyuki. Pewnej jesieni roku 2046 napotyka on na swej drodze dziewczynę uczęszczającą do tej samej szkoły. Przez otrzymane od pięknej Kuroyukihimy tajemnicze oprogramowanie chłopiec trafia do wirtualnego świata ''Accel World''. Tym sposobem szkolny nieudacznik staje się wojownikiem o przydomku ''Burst Linker''.

Odcinek oceniłem na naciąganą szóstkę. Czemu? Nie przeszkadza mi sam fakt, że jest to anime o nerdach i dla nerdów (lub szerzej - dla nastolatków). Trochę się zawiodłem, jeśli chodzi o samą fabułę. Główny bohater, Haruyuki okazał się niezwykłym nieudacznikiem, który w najbardziej błahej sprawie dopatrzy się problemu i spisku mającego na celu wyeliminowanie go z gry zwanej życiem. Oczywiście można założyć, że jest to wierny obraz przeciętnego, posiadającego kompleksy nastolatka, który przed problemami ucieka do świata wirtualnego - stylizowanego na grę MMORPG ''Accel World''. Irytuje mnie jego postać. Sądzę jednak, że wraz z rozwojem historii chłopaka czeka znaczna przemiana - nie tylko w świecie wirtualnym, ale także tym życiowym. W kwestii obsady znacznie gorzej wypada kreacja Kuroyukihimy. W mojej ocenie jest to postać bezbarwna, szablonowa. Intrygująca, wszystko wiedząca ''princessa'' (z całym szacunkiem dla smacznych wafelków), która zna odpowiedź na każde pytanie - nie potrafi jednak obronić samej siebie, więc wynajmuje to tego zadania największą ofermę w szkole. Jest oklepana, jest moe. Logika to pięta achillesowa tego anime. Z drugiej strony, czy ktoś wskaże mi skierowane do nastolatków, a przy tym logiczne anime? Tytuł ten to kolejne opium dla mas, które z całą pewnością przysłoni kilka wiosennych perełek. W pierwszym odcinku niewiele się działo. Zawiodą się osoby, które oczarowane zwiastunem oczekiwały dobrych walk na samym początku serialu. Po ostatniej scenie obawiam się, że nie będą one niczym się wyróżniały. Serii podjąłem się wyłączę z pobudek rozrywkowych - liczę więc, że akcja z czasem się rozkręci.

Kuroko no Basuke                                                      wstępna ocena: 6+/10















Opis: Taiga Kagami dopiero co został przyjęty do liceum w Seirin. Szybko poznaje tam Tetsuyę Kuroko, członka szkolnej drużyny koszykarskiej, który okazuje się być szóstym zawodnikiem osławionej drużyny ''Generation of Miracles''. Dwójka sportowców stawia sobie za cel dotarcie drużyną do międzyszkolnych mistrzostw w koszykówce, gdzie wśród rywali czekają na nich między innymi dawni towarzysze Kuroko.

Anime traktujące o sporcie nigdy mnie nie zawiodły. Po pierwszym odcinku Kuroko na Basuke jestem zadowolony. W prawdzie oczekiwałem trochę żywszych scen, zwrotów akcji. Miałem niedosyt koszykówki (chociaż osobiście nie lubię tej dyscypliny). Podobała mi się za to zajawka głównego wątku. Z dialogów łatwo wywnioskować, że słynna drużyna ''Generation of Miracles'' została rozbita, a jej członkowie rozpierzchli się po świecie. Tym samym spodziewam się wyrównanych meczów z wrogimi klubami, na których czele stoi jeden z utalentowanych (posiadających unikatową zdolność) członków owej drużyny. A wydawało się, że w finałowym meczu na naszych głównych bohaterów będzie czekała drużyna ''Pokolenia Cudów'' - zobaczymy co przyniosą dalsze odcinki. Fabularnie anime zgarnia plusy. Lekki zawód sprawiła mi osoba Kuroko. Jakby nie patrzeć jest to czołowa postać, myślałem że również lider amatorskiej drużyny Seirin. Zadziwił mnie więc fakt, że chłopak o kobiecym uosobieniu wyznaje Taidze wierność i obiecuje wynieść go na szczyt (sweet gay story?) Nie to jest pasywna postawa, ale poddańcza. Wolałbym oglądać słabego bohatera, jednak będącego elementarnym spoiwem w drużynie. Póki co, widzę sługusa ;-) Nie jest wykluczone, że w przyszłości Kuroko odgrywał będzie rolę lidera w anime (prawdopodobnie razem z Taigą). Jest to kolejna niewiadoma, której rozwiązanie znajduje się w dalszych odcinkach. Pod względem technicznym produkcja jest typowa dla sportowych tytułów, gdzie najważniejszym punktem pozostaje historia, natomiast oprawa audiowizualna jest jej niezłym uzupełnieniem. W efekcie mamy prostą kreskę, ale nie sprawiającą poczucia zaniedbanej. Pozytywnie odebrałem muzykę anime - jest naprawdę udana i z pewnością będzie dobrze komponowała się ze scenami meczy.

Wiosenne Anime 2012
''Pierwsze Wrażenia''